^Powrót do góry

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5
foto5

2014 Motocyklowy podbój Wielkiej Brytanii

    Dla wielu motocyklistów planowanie podróży jest równie emocjonalnym wydarzeniem jak samo podróżowanie i zapewne do tej grupy należy nasz kolega Wiesiek. Dziewiczy pomysł wyjazdu na Nordkapp został przez niego zbombardowany szeregiem racjonalnych argumentów i zastąpiony projektem odwiedzenia Zjednoczonego Królestwa. Trzej pasjonaci motocyklowej przygody Ja w roli nawigatora, Paweł dokumentalisty oraz Wiesiek jako planista, wyposażeni w trzy motocykle, vana oraz bilet na prom, późnym piątkowym wieczorem 20 czerwca 2014r. ruszamy w kierunku wysp brytyjskich. Założenia jakie przyjęliśmy to: minimalizacja kosztów podróży, zobaczenie najciekawszych parków krajobrazowych oraz odwiedzenie jak najliczniejszego grona znajomych rodaków,  którzy dzięki otwartym rynkom pracy bez jednego wystrzału podbili wyspy.  

Bruksela

Galeria: Bruksela

   

Stonehenge

Galeria:Anglia

 Park Narodowy Brecon Beacons

Galeria: Walia

   

 Falkirk Wheel

Galeria: Szkocja

    W drodze do Dunkierki odwiedziliśmy uroczą kuzynkę Pawła Beatkę, która niczym profesjonalny przewodnik turystyczny okazała się być kopalnią wiedzy na temat Brukseli. Podczas jednego dnia przewłóczyła nas przez Pałac Królewski, Parlament Europejski (wejście za darmo, audio buki w języku polskim), zobaczyliśmy symbol miasta „Manneken Pis” wypili po piwie na Grand Place i oczywiście zjedli najlepsze na świecie wg. programu GALILEO frytki u Maison Antoine na Place Jourdan.

    Niedziela 09:50, dziesięć minut przed odcumowaniem  promu z Dunkierki  wpadamy na bramki, pomimo problemów z biletem zakupionym za 76 funtów poprzez stronę  http://www.dfdsseaways.pl (mamy bilet na osobówkę a powinniśmy mieć na vana), dzięki determinacji i odrobinie fantazji cumujemy naszego Craftera na promie. Pierwsze 250 kilometrów po brytyjskiej ziemi pokonujemy busem zatrzymując się na zrobienie zdjęć pod Big Benem i w okolicach 18:00 docieramy do Peterborough. Kolega Zbyszek u którego nasz Volkswagen ma planowany dwu tygodniowy parking pomaga w rozładowaniu motocykli i zabiera nas na zwiedzanie miasta.

       Poniedziałkowy ranek dwie Yamahy FJR oraz Honda VFR 1200 w pełni przygotowane do drogi ze zbiornikami pełnymi polskiej benzyny,  po raz pierwszy rozpoczynają lewostronną  podróż  w kierunku zachodniego wybrzeża.  Jazda autostradowa lewym pasem nie stwarza żadnych zagrożeń, suniemy w wartkim nurcie pojazdów spoglądając czasami na wskazania nawigacji. Mimo skupienia i ciągłej samokontroli na skrzyżowaniu wiejskich sennych dróg skręcam i odruchowo zjeżdżam na prawy pas odkręcając żwawo manetkę. Niespodziewanie z za zakrętu wypada prosto na mnie Opel Astra prowadzony przez niemłodą  Brytyjkę. Nawyki zdobyte przez blisko trzydzieści lat spędzonych za kierownicą motocykla zamiast pomóc tylko szkodzą, widząc auto na swoim pasie dociągam maksymalnie do prawej a Brytyjka do lewej, dostrzegając jej mocno przerażony wzrok odbijam gwałtownie w lewo i na grubość żyletki mijamy się na drodze. Zapewne przerażenie jakie malowo się na jej twarzy podobnym grymasem okrasiło moją zakutą w Nolana N 104 spoconą facjatę.  W przypływie olbrzymiej dawki adrenaliny pogubiłem się w sterowaniu półautomatem świeżo zakupnej Yamahy FJR 1300 AS. Obsługa skrzyni w tym modelu jest bardzo wygodna i precyzyjna jednak według mnie nie pozbawiona wad. Motocykl na zimnym silniku utrzymuje obroty na tyle wysokie, iż manewrowanie na ciasnym parkingu lub podczas zawracania na jezdni jest kłopotliwe i mało bezpieczne, szczególnie załadowanym ważącym czasem ponad 450 kilo pojazdem. Z uwagi na brak klamki sprzęgła nie ma tu mowy o technice wysokich obrotów i półsprtzęgle, od zaliczenia parkingowej gleby na początku użytkowania motocykla  uchroniło mnie myślę doświadczenie i łaskawy los.  

Oksford    Koło południa docieramy do Oksfordu nazywanego od XIX wieku „miastem malowniczych wież”.  Mieści się tutaj najstarszy na świecie anglojęzyczny uniwersytet oraz fabryka produkująca Mini Coopera.  Zabudowane szeregiem eklektycznych budynków miasto uniwersyteckie posiada szczególny urok.  Kolegia uniwersytetu reprezentują wszystkie style architektoniczne w historii Anglii - począwszy od budynków saksońskich z X wieku, przez średniowieczny gotyk i styl epoki Tudorów po bogatą architekturę barokową.  Sklepiki  z pamiątkami oferują ciekawe i rzadko spotykane  gadżety nawiązujące formą do scenerii z Herrego Pottera. Rozbrzmiewające studenckim gwarem ulice oraz rzesze młodzieży zajadającej kanapki na ocienionych drzewami zielnych skwerach nie pozostawia złudzeń, iż znaleźliśmy się w edukacyjnym centrum Wielkiej Brytanii.  Miłym akcentem są wyznaczone bezpłatne miejsce parkingowe dla motocyklistów z niemiłych wspomnień to wysoce niekorzystny kurs wymiany euro, który z prowizją w kantorze wyniósł 1,42 € =1 £.       

    Późnym popołudniem parkujemy maszyny pod jedną z najsłynniejszych europejskich budowli megalitycznych – Stonehenge. Ułożona w krąg blisko 5000 lat temu kamienna budowla prawdopodobnie związana z kultem słońca i księżyca została przez Brytyjczyków tak rozreklamowana, iż przed kasami ustawiają się długie kolejki. Samo miejsce nie jest niczym ciekawym. Turyści wyposażeni w audio-buki we wszystkich językach unii, od kas do punktu zwiedzania wożeni są w wagonikach, dojście bezpośrednio do Kromlechu nie jest możliwe z uwagi na troskę o ochronę zabytku.  Jeżeli nie zależy nam na fotce na tle sterty kamieni możemy zaoszczędzić 15£ i obejrzeć ją w necie.

    Wieczorem po przejechaniu 600 kilometrów docieramy do St Ives. To urocze wypoczynkowe miasteczko zachodniego wybrzeża Kornwalii, w roku 2007 przez czytelników Guardiana zostało uznane za najlepszą miejscowość nadmorską w Wielkiej Brytanii. Zmęczeni rezygnujemy z szukania kempingu i w ruinach zamku w Cripplesease (50°10'56.0"N  5°30'08.8"W) biwakujemy na dziko.  Był to nasz pierwszy i ostatni dziki biwak, praktycznie w całym zjednoczonym królestwie  większość terenów to prywatna własność i taka forma turystyki nie jest możliwa. Rewelacyjnie rozwinięta sieć kempingów w cenie 7,5£  od osoby oferuje bardzo dobre warunki dla amatorów podróży z namiotem. Przy porannej kawie z uwagi na niekorzystne prognozy pogody rezygnujemy z odwiedzenia Irlandii i postanawiamy ograniczyć wyjazd do objechania Wali, Anglii i Szkocji.  Wielka Brytania

    Podróż południowo zachodnim wybrzeżem rzadko pozwala rozkoszować się widokiem oceanu Atlantyckiego, sieć komunikacyjna jest oddalona od morza i wije się sennie pośród rolniczych terenów. Wąskie drogi są zarośnięte po obu stronach wysokimi żywopłotami, często rozłożystymi drzewami, które sprawiają wrażenie jakbyśmy pokonywali niekończące się tunele labiryntów, wykutych w ciemnozielonych masach zarośli, zakręty uniemożliwiają wyprzedzanie, ruch pojazdów toczy się wolno, angielskim jednostajnym  rytmem.

    W Newquay - stolicy brytyjskiego surfingu za 10 £ zajrzeliśmy do niezbyt dużego jednak bardzo ciekawego oceanarium Blue Reef. Ciekawostką miasta jest budynek posadowiony na szczycie wysokiej skalnej iglicy oblanej wokół wodą do którego prowadzi przerzucona nad przepaścią kładka, myślę że motocyklem dało by się nią przejechać lecz żaden z nas nie próbował.  Późnym wieczorem docieramy do parku narodowego Exmoor, rozbijamy namiot na Lyn Caravan Park i pędzimy zobaczyć ostatnie promienie słońca skrzące się w wodach kanału Bristolskiego. Rankiem kierujemy  maszyny w kierunku  Doliny Stone Valley w zachodniej części Lynmouth, trasa biegnie wąską asfaltową drogą wzdłuż wybrzeża Atlantyku, widoki interesujących form skalnych, nadmorskich klifów oraz wrzosowisk są niepowtarzalne.  Znajduje się tutaj najdłuższy pieszy szlak turystyczny Wielkiej Brytanii South West Coast Path o długości 1014 km. Muzeum PorlockMiłośnikom motoryzacji gorąco polecam jedyne w swoim rodzaju mini muzeum w Porlock, w którym sędziwy właściciel remontuje znacznie starsze od siebie pojazdy (51°12'32.5"N 3°35'43.6"W). Na obrzeżach parku warto zajrzeć do miasteczka Dunster, nad którym góruje zamek okolony wielkim ogrodem, obsadzonym starymi egzotycznymi drzewami. Wyjście z zamku prowadzi jak z każdego turystycznego obiektu w całej U. K. przez sklepik z pamiątkami, tutaj ciekawie zlokalizowany w byłych zamkowych stajniach.

    Przejazd do Cardiff, przez mierzący 5 128 m, most Second Severn Crossing zrobił na mnie ogromne wrażenie, od euforii silniejszy był jedynie żal, iż mostem biegnie nitka autostrady M4 i nie można zatrzymać maszyn by rozkoszować się widokiem i zrobić jakąś fotkę. W środowy wieczór korzystamy z gościnności Karoliny i Artura wspólnie odwiedzamy Barry Island oraz molo w Cardiff, później przy suto zastawionym stole gawędzimy prawie do świtu. Rankiem kierujemy się do najpiękniejszego i najdzikszego regionu Walii - parku Narodowego Brecon Beacons. Park tworzą cztery porośnięte wrzosami oraz ostrą trawą pasma górskie, poprzecinane malowniczymi dolinami. Spływające z ośmiuset metrowych szczytów potoki i rzeki wydrążyły w skałach mroczne wąwozy z licznymi wodospadami oraz małymi polodowcowymi jeziorkami. Przeznaczoną w przewodniku na blisko cztery godziny  trasę pokonujemy w niespełna półtorej, gdyż zazwyczaj śliskie, błotniste i niebezpieczne szlaki powitały nas przyjazną suchą nawierzchnią.  

Walia    W drodze do Birmingham w iście brytyjskiej deszczowej aurze, zwiedzamy stojące od blisko pięciuset lat w runie zamki White (51°50'45.4"N 2°54'07.3"W), Grosmont (51°54'55.5"N 2°51'57.7"W)  i Skenfrith (51°52'42.1"N 2°47'25.3"W). Trzy twierdze wciąż przypominają burzliwe dzieje walijsko-angielskiego pogranicza. Wpisane w krajobraz hrabstwa Monmouthshire, opowiadają o podbojach, królach, baronach i czasach, kiedy tylko mury kamiennych twierdz dawały poczucie bezpieczeństwa. Startując spod ostatniego zamku, spięta ostrogami Honda VFR 1200 DCT mimo wszystkich systemów bezpieczeństwa strzeliła z kopyta na mokrej trawie i w mgnieniu oka przykryła Wieśka całym swym ciężarem. Jeździec poza stłuczeniami nie ucierpiał, jednak fabryczny kufer Hondy wyglądał niczym rumak z wyprutymi w czasie oblężenia wnętrznościami, na co doraźnym lekarstwem okazała się mocna szara taśma klejąca.

    W deszczowy czwartkowy poranek opuszczamy hotel Ibis i smagani nawałnicami  żeglujemy wolno do Nottingham na spotkanie z Roobin Hoodem. Wizyta w zamku określanym w przewodnikach gwoździem programu każdego turysty okazała się stratą czasu. Ekspozycja upamiętniająca bohatera średniowiecznych angielskich legend Robina z Sherwood wygląda niczym przedszkolna wystawa z okazji święta lasu, galeria sztuki współczesnej obwieszona olbrzymimi malowidłami, które przypominały mi wielokolorowe ścierwo owadów roztrzaskanych na czaszy motocykla oraz skromna i urządzona w typowo groteskowy angielski sposób ekspozycja historyczna armii brytyjskiej to jednym słowem żenada za 5,5 £.

    Krajobraz rozległych wrzosowisk, pasących się stad owiec oraz wapiennych form najstarszego w Anglii Parku Narodowego Peak District obejrzeliśmy z kanap motocykli w deszczu i snującej się mgle. Dopełnieniem nie najlepszych wrażeń okazał się zarezerwowany na booking.com hotel Hilda w Liverpoolu. Schludnie i czyste pokoiki ze wspólną łazienką oraz w pełni urządzoną kuchnią, w której każdy z gości sam przygotowywał sobie śniadanie, korzystając z zaopatrzonej hotelowej lodówki, mieszczą się bezpośrednio nad knajpą. Biesiadnicy wypchanej po brzegi angielskimi żulami w wieku emerytalnym, obskurnej i śmierdzącej speluny, przyjęli nas opryskliwie i z pewną agresją, jednak mimo obaw poranny widok nie uszkodzonych maszyn na przyhotelowym parkingu w pełni zrekompensował niesmak minionego dnia.

The Beatles Story    Zwiedzanie Liverpoolu rozpoczęliśmy od wystawy promującej brytyjskie siły zbrojne   przygotowanej na nabrzeżu w centrum miasta, oprócz sprzętu ciężkiego, uzbrojenia   i umundurowania, żołnierze prezentowali specjały wojskowej kuchni częstując turystów pyszną darmową michą. Wstęp do muzeum morskiego w Dokach Alberta jest wolny a samo muzeum bardzo nowoczesne i zróżnicowane. Oprócz eksponatów związanych z marynarką jak makiety ogromnych liniowców i silników okrętowych czy elementy wyposażenia okrętów,  można zobaczyć szereg interaktywnych prezentacji, wystawę poświęconą historii  Liverpoolu, oraz  muzeum niewolnictwa. Po szeregu bezpłatnych i ciekawych doznań przyszło nam sięgnąć do kieszeni i za 12,5 funta udaliśmy się do muzeum grupy The Beatles. Oprócz ceny wstępu jest to rewelacyjna ekspozycja, masa eksponatów, oryginalnych zdjęć, ubrania, instrumenty, jest nawet odtworzony w całości biały pokój znany z teledysku do piosenki "Imagine" Johna Lennona oraz rekonstrukcja żółtej łodzi podwodnej.

    W drodze do Glenrothes ku naszej radości poprawiła się pogoda i Szkocja powitała nas suchymi asfaltami. Przez kilka dni w towarzystwie naszej wspaniałej koleżanki Madzi oraz rodowitego Szkota Rooba, czuliśmy się niczym członkowie rodziny królewskiej. Madzia jak troskliwa matka przygotowywała dla nas obfite posiłki niczym dla pułku wojska, dokładając wiele troski o ich typowo szkocki charakter a Roob bogato zaopatrzył bufet by wieczorami nie brakowało na stole prawdziwej szkockiej whisky.

Wallace Monument Podleś Wojciech    Wspólnie z gospodarzami odwiedziliśmy cud inżynierii śródlądowej Falkirk Wheel (56°00'01.2"N 3°50'30.0"W).  Jest to winda obrotowa służąca do pionowego transportu łodzi    i innych jednostek pływających pomiędzy kanałem Forth and Clyde a kanałem Union.  Urządzenie jest olbrzymie, w obu gondolach transportujących statki mieści się jednorazowo 600 ton wody a mimo to pracuje płynnie i cicho niczym dziecinna zabawka, zużywając na jeden cykl obrotowy jedynie 1,5 kW energii.  Do ciekawostek tego miejsca należą znajdujące w sąsiedztwie się pozostałości Muru Antoninusa oraz miejsce klęski wojsk Williama Wallace'a w starciu z armią króla Anglii Edwarda I Długonogiego.

    Monument poświęcony najbardziej rozsławionemu dzięki superprodukcji „Braveheart” bohaterowi Szkocji, położony jest na wzgórzu Abbey Craig, niedaleko miasta Stirling (56°08'19.6"N 3°55'04.5"W) i prowadzi do niego wąska piesza ścieżka. Wejście na wierzę kosztuje 9,5 funta, wewnątrz można obejrzeć skromną i niezbyt ciekawą ekspozycję poświęconą postaci Wallace'a, jednak widok z 67 metrowej otwartej w 1869 roku wierzy jest niepowtarzalny i dla niego warto wydać kasę i wspiąć się na szczyt.

    Nasz pierwszy Szkocki deszcz sprawia, iż klifowe wybrzeże morza Północnego oglądamy prze mokre szyby kasków a pod szczególnie ciekawie usytuowany na skalnych iglicach otoczonych wodą zamek Dunnottar (56°56'44.8"N 2°11'49.9"W) docieramy pół godziny przed zamknięciem i możemy pooglądać go jedynie z zewnątrz. Na szczęście z relacji Madzi wynika, iż w środku poza zrujnowanymi murami i soczystą trawą nie ma nic ciekawego.

    Korzystając z sugestii Rooba, pędzimy maszyny przez teren parku narodowego Cairngorms na spotkanie potwora z Loch Ness. Jak zapewne wielu turystom  nam również Nessi się nie pokazał, pewnie udaje się go zobaczyć dopiero po spożyciu większej ilości szkockiej.  W Fort William uroczym turystycznym ośrodku zachodniej Szkocji odwiedzamy z Pawłem sklep z pamiątkami upychając do kufrów jakieś drobiazgi dla najbliższych, wchodząc do lodziarni czujemy się jak w kraju, gdyż na cztery obecne osoby wszyscy wraz z ekspedientką to Polacy. Kierując się na zachód należy koniecznie zobaczyć położoną na wyżynach Dolinę Łez „Glen Coe”. Nie jestem w stanie słowami opisać uroków tego miejsca, dla mnie okazało się największą atrakcją naszej wycieczki. Swą nazwę nie zawdzięcza ponadprzeciętnym walorom widokowym  a dramatycznej rzezi na mieszkańcach wioski przez żołnierzy króla angielskiego Wilhelma III pod koniec XVII wieku.

Szkocja Podleś Wojciech    Spokojnie sunąc po pustych szkockich drogach i rozsmakowując się widokami, na obrzeżach parku Narodowego Queen Elizabeth Forest spotykamy hodowlę długowłosych obdarzonych potężnymi rogami krów rasy Highland Cattle. Te łagodne urocze zwierzęta zrodziły się w wyniku doboru naturalnego, na przestrzeni wieków tylko najlepszym osobnikom udawało się przetrwać w surowej, pełnej deszczu i wiatru krainie szkockich wyżyn. Zauroczony krajobrazem i kudłatym bydłem, błędnie wpisuję cel podróży w nawigację, przez co na oparach benzyny docieramy do stacji. Paweł po wielokilometrowym eco-drivingu upchnął do baku swojej Yamahy ponad 24 litry, ja blisko dwie litry mniej mimo posiadania identycznych motocykli, widać więcej się zażerał specjałami Madzi.   

    Złożyło się tak niefortunnie się, iż zajechaliśmy do Edynburga dokładnie w pierwszy dzień wakacji. Ulicami przewalała się nieprzebrana ludzka masa a kolejka przed kasą biletową zamku była dłuższa niż za papierem toaletowym w komunistycznej Warszawie.  Stolica Szkocji określana często najbardziej nawiedzonym miastem europy budzi zachwyt ogromem monumentalnych zabytkowych budowli. Serce metropolii dzieli się na starą i nową część. Stare miasto to sieć małych, wąskich i krętych uliczek. To tu właśnie znajduje się Zamek, Pałac Holyrood i Katedra St Giles, czarno szare fasady szpiczaste dachy i uliczny bruk sprawiają, iż w powietrzu czuć powiew historii. Tutaj została napisała powieść fantasy o przygodach Harrego Pottera, moim zdaniem ekranizacja tej książki po części oddaje niepowtarzalny urok miasta.

    Przejazd wschodnim wybrzeżem daje wiele frajdy. Brak żywopłotów i znikomy ruch pojazdów pozwalają cieszyć się zróżnicowanymi widokami wybrzeża morza Północnego. Oprócz skalnych strzelistych klifów można spotkać rozległe piaszczyste wydmy jak w okolicach twierdzy w Bamburgh malowniczo wczepionej w bazaltowe wybrzeże.  Sielska okolica tak rozkojarzyła Hondę VFR, że zupełnie zamarło życie w jej silniku. Przyczyna okazała się prozaiczna -  bez paliwa maszyna nie jedzie.

Szkocja Podleś Wojciech    Drobne przeciwności sprawiły, że na kempingu w Yorku meldowaliśmy się grubo po północy, za to bez jakichkolwiek sugestii z naszej strony Pan w recepcji policzył nocleg tylko po 4,5 funta. Z racji wielo dziejowej burzliwej historii co roku przyjeżdżają tutaj tysiące turystów aby zobaczyć średniowieczne budowle, w których przeplatają się ślady Wikingów i Rzymian. Miasto jest naprawdę piękne i warte zobaczenia jednak po próbie wejścia do zatłoczonej górującej nad miastem największej średniowiecznej katedry, pożałowaliśmy po 12,5 funta na bilety i zamiast zabytków zwiedziliśmy kawiarnie i sklepiki z pamiątkami.

    W środę 2 lipca, późnym wieczorem zakończyliśmy naszą motocyklową podróż mocując motocykle na skrzyni Craftera. Czwartek poświęciliśmy na szybki rajd po Londynie, i wieczorem po raz ostatni skorzystaliśmy z gościnności naszych przyjaciół Dorotki i Andrzeja, by wczesnym rankiem zacumować na promie do Calais.  Po wielu niepowtarzalnych dniach,  ponad 4000 kilometrów spędzonych w siodle motocykla i kolejnych 4000 w bagażowym busie pozostały wspomnienia i nowe przyjaźnie.

    Każdemu polecam odwiedzenie Wielkiej Brytanii, jest to piękny, bardzo ciekawy i  odmienny od naszego kraj. Ogrom zabytków oraz nieskażonej przyrody, które  po części starałem się przybliżyć w niniejszym reportażu nie powinny zawieść najbardziej wymagających podróżników. Dla fanów motoryzacji jest szczególną gratką, zabytkowe  pojazdy niejednokrotnie z początku wieku, oraz modele które w naszym kraju możemy obejrzeć jedynie w trakcie relacji z salonów motoryzacyjnych z Genewy czy Paryża spotyka się praktycznie na każdym kroku. Kolorytu dodaje szereg ciekawostek charakterystycznych tylko dla brytyjczyków jak: np. dwa krany w umywalkach, jeden do ciepłej drugi do zimnej, wszechobecnie panujące grube wykładziny podłogowe, otwierane na zewnątrz okiennice, trójkątne studzienki kanalizacyjne i cała rzesza facetów w spódnicach.  

 

                                                                                                                             Pozdrawiam Wojtek  Podleś

 

Copyright 2020  Witryna pasjonatów przygody z motocyklem