^Powrót do góry

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5
foto5

2012 Albania - Motocyklem po kraju bunkrów i osiołków

       Będąc jeszcze dzieckiem wielokrotnie słyszałem hasło "radio Tirana nadaje od rana" i chociaż osobiście nigdy audycji takiego radia nie słyszałem wraz z przyjaciółmi wybrałem Albanię jako cel tegorocznej wycieczki motocyklowej. Po przewertowaniu informacji w necie oraz w przewodniku turystycznym autorstwa Gillian Gloyer główny planista wycieczki vel: Grzesiek S. przygotował szczegółowy program 12 dniowego wyskoku w rejon morza Jońskiego. Dosiadając pięciu maszyn w składzie: Grzesiek i Ja z plecakiem Kubą na motocyklach Yamaha FJR 1300, Paweł na TDM 900, Włodek na BMW K1200LT oraz Andrzej na XVS 1300 Midnight Star wczesnym rankiem 28 maja 2012r. pożegnaliśmy tablicę Brzesko i ruszyliśmy w drogę obierając azymut na południe.

      Pozostawiając za plecami Słowację i Węgry, do Serbii wjechaliśmy wraz z rzęsistym deszczem i drobnymi kłopotami. W miejscowości Sabac w TDM - ce kapryśnie przestały działać przednie zaciski hamulcowe, zmuszone jednak do współpracy z użyciem śrubokręta i nowego płynu hamulcowego wiernie służą Pawłowi do dzisiaj. Pokonując w pierwszym dniu 940 kilometrów zacumowaliśmy w miejscowości Valijevo i mimo chłodnej, deszczowej aury przy uciążliwych bałkańskich dźwiękach cholernie głośnej kapeli smakowaliśmy lokalne piwo w małej knajpce. Za nocleg ze śniadaniem zapłaciliśmy 15 euro od osoby i wraz z towarzyszącym nam deszczem ruszyliśmy w piękne rejony Alp Dynarskich. Podróżowanie wijącymi się na zboczach gór wstęgami asfaltu przez Uzice i Bijelo Polje do samej Podgoricy to czysta przyjemność. Niepowtarzalne widoki górskich przełęczy oraz kanionów rzek w pełni rekompensują drobne niedoskonałości asfaltu.

 

       Po przekroczeniu granicy w miejscowości Hani i Hotit wtoczyliśmy nasze maszyny na pozbawione asfaltu Albańskie drogi./ Na szczęście okazało się, iż zwinęli go tylko na krótkim będącym w trakcie budowy odcinku jednak pierwsze kilometry pokazały, że jazda po Albanii wymaga szczególnego skupienia i uwagi. Miejsca realizacji prac drogowych nie są w ogóle oznakowane, robotników od ruchu pojazdów oddzielają ułożone na jezdni kamienie i kostka brukowa. Zdarzyło się nam spotkać kilka zupełnie niezabezpieczonych, pozbawionych dekli studzienek kanalizacyjnych i to na samym środku jezdni. Pędzone ulicami i wałęsające się barany, osiołki, kozły i inne bydło rogate to standard wszystkich dróg i nie traktowaliśmy ich jako zagrożenia w ruchu lecz jako swoisty element albańskiego folkloru, nawet w dużych miastach na rondach wypasa się barany i kozy. Blisko pięćdziesięcioletnia komunistyczna izolacja kraju pod reżimem Envera Hodży do roku 1994 zabraniała Albańczykom posiadania własnego samochodu. Dzisiaj w tym biednym kraju posiadanie auta stało się wyznacznikiem statusu społecznego. Kierowcy, dla których przepisy ruchu drogowego to zbędna i nieznana materia uprawiają drogową partyzantkę. Podobnie jak w krajach afrykańskich, najważniejszą rzeczą w samochodzie jest klakson, w miastach bywa on częściej używany przez kierowców niż pedał hamulca, głównie z powodu pieszych i rowerzystów, których sposób poruszania się nawet nie wiem jak można opisać, słowa - totalny drogowy zamęt nie obrazują w pełni lokalnej rzeczywistości. Albańczycy najczęściej poruszają się mercedesami, od starych zdezelowanych rupieci po nowe i ekskluzywne modele. Dewiza - bez gwiazdy nie ma jazdy -nigdzie na świecie nie jest tak aktualna, nieważne jaki masz model byle był to mercedes, zapewne ilość tych aut na kilometr kwadratowy jest tutaj wielokrotnie większa niż w samych Niemczech. Właściciele aut nawet bardziej niż nasz kolega Włodek (w czasie podróży trzy razy umył swoje BMW - raz w myjni za 200 leków) dbają o czystość swoich limuzyn. W całym kraju bez względu na region spotykaliśmy niezliczoną ilość myjni samochodowych nazywanych "Lavazh", w jednej z małych górskich wiosek w okolicach Sarandy było ich kilkadziesiąt i w każdej lał się w niebo strumień wody kusząc klientów.

 
        Kilkanaście kilometrów za granicą późnym wieczorem dotarliśmy do Szkodry. Szukając noclegu, hotelarz w ramach rekompensaty, za brak miejsc obdarował każdego z nas butelką zimnego piwa "Korcza" i skierował do zaprzyjaźnionego pensjonatu Bicaj w którym spędziliśmy najdroższy z całej wycieczki nocleg płacąc po 17 euro od osoby. Szkodra jest jednym z najstarszych miast Bałkanów jednak nie ostało się w nim zbyt wiele zabytków jak i starej zabudowy. Zwiedziliśmy znajdującą się na obrzeżach miasta Ilyryjską twierdzę Rozafa - widać z niej doskonale całe miasto, leżące w oddali szczyty gór przeklętych, wielkie graniczne jezioro Szkoderskie, pobliskie rzeki oraz katedrę św. Stefana na której budowę osobiście wydał zgodę sułtan osmański w 1851 roku. Dwa lata po ponownym otwarciu katedry po epoce komunizmu, w 1993 roku, katedrę odwiedził papież Jan Paweł II a w bieżącym roku udało się ją odwiedzić naszej szóstce. Szkodra jest największym ośrodkiem katolicyzmu w całej Albanii, ciekawostką jest zachowanie wiernych przed mszą - spacerują, rozmawiają, tworzą piknikową rodzinną atmosferę daleką od ciszy i skupienia jaki panuje w naszych kościołach. 

        W trzecim dniu pożegnaliśmy deszczową aurę i Tirana powitała nas promieniami słońca. W jedynym supermarkecie zachodnich sieci jaki spotkaliśmy, nowo wybudowanym Carrefour na przedmieściach stolicy, wymieniliśmy euro na leki i wyznaczając kierunek na wschód górskimi drogami przez Elbasan dotarliśmy do malowniczo położnego w górach jeziora Ohryckiego. Malutka miejscowość Lin widziana z górskiej drogi prezentuje się niczym wystawny kurort, który okazał się być malowniczą biedną i skromną osadą. Uklecone z kamienia domki, wąskie uliczki, wiejskie zagrody prowadzące do samego brzegu jeziora, wyciągnięte na brzeg łódki oraz spokój i melancholia mieszkańców tworzą niespotykany klimat tego miejsca. Droga wzdłuż brzegu jeziora pomimo marnego asfaltu pozwala relaksować się urokami okolicy. Sprzedawcy przy wypełnionych wodą akwariach machają w powietrzu świeżo złowionymi węgorzami niczym lassami zachęcając przejezdnych do zakupów. Polecam smażoną rybę Koran przygotowywaną w okolicznych restauracjach, podana z grillowanymi warzywami smakuje wybornie pomimo wysokiej ceny 8300 leków za porcje dla 5 osób.

       Rejony wzdłuż południowo wschodniej ściany kraju od granicy z Macedonią i Grecją są wyraźnie uboższą częścią Albanii, trudno szukać tutaj jaskółek dynamicznego rozwoju, o którym świadczy pkb odnotowany na poziomie 6-7% gdyż większość dużych inwestycji ma miejsce wzdłuż wybrzeża. Planując wycieczkę przeczytałem w przewodniku, iż Korcza jest najbardziej cywilizowanym miastem na ulicach nie leżą śmieci szpecące resztę kraju, a kierowcy przestrzegają zasad ruchu drogowego. Pewnie autorka będąc tam miała problemy ze wzrokiem gdyż moje wrażania były zgoła odmienne. Handlowe centrum miasta wyglądało jak Pearl Harbor świeżo po nalocie japońskich myśliwców. Zniszczone elewacje budynków dziurawe jezdnie i chodniki, obskurne blokowiska, walające się śmieci i tłumy mieszkańców snujących się w upalnym słońcu niczym w letargu pomiędzy przejeżdżającymi samochodami raczej nie odpowiada opisom z przewodnika. Ta część kraju uzmysłowiła mi jak ważny w gospodarce Albanii do dnia dzisiejszego jest osiołek. To sympatyczne i ujmujące stworzenie występuje tu w wielu wersjach i odmianach. Najbardziej popularna to osiołki transportowe, pojawiająca się na horyzoncie drogi kiwająca się olbrzymia kopa siana, słomy lub bateria obwieszonych na gadzinie plastikowych baniek i zbiorników to lokalne wersje popularnych pikapów. Częstą odmianą są wersje sportowe, dosiadane okrakiem bądź bokiem przez miejscowych dżokejów pomykają z gracją ulicami są tak urocze, iż Grzesiek z Pawłem kosztem czekoladowego batona zasiedli za ich sterami nie zdejmując dla bezpieczeństwa motocyklowych kasków. Ostatnia ze znanych mi wersji popularna również u nas to wersja spożywcza serwowana biesiadnikom jako różnego rodzaju i smaku salami.

      Po noclegu w Permecie bujając się pomiędzy wzgórzami niczym okręt w morskiej kipieli dryfowałem do Gjirokastry. Dotknięty przez anginę, z wysoką gorączką z trudem panowałem nad moją Yamahą. Jawiące się przed oczami fatamorgany i silne dreszcze pomimo 35 stopniowych upałów skłoniły mnie do przekazania plecaka Kuby Grześkowi by w razie gleby zminimalizować liczbę ofiar.
Gjirokastra zwana "Miastem Tysiąca Schodów" bez wątpienia należy do miejsc których absolutnie nie można pominąć podróżując po Albanii. W 2005 roku miasto zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Rozpościera się malowniczo na trzech zboczach wzgórza. Nad miastem góruje średniowieczna cytadela i widoczna z daleka wieża zegarowa. Żeby się tam dostać trzeba pokonać stromy podjazd wyłożony naturalnym i śliskim kamieniem. Najbardziej charakterystycznym punktem miasta jest XIII-wieczny zamek oraz tradycyjne tureckie warowne domy pokryte szarymi płytami kamiennych łupków, które pamiętają jeszcze czasy panowania państwa osmańskiego. Na zamku znajduje się muzeum broni dokumentujące również włoską agresję w 1939 roku, komunistyczny ruch oporu i wyzwolenie Albanii. W korytarzu przed wejściem do muzeum znajduje się kilka dział i małych czołgów, w głębi na małym placu można obejrzeć przechwycony amerykański samolot szkoleniowy Lockheed T-33 Shooting Star. Ten egzemplarz miał problemy techniczne i wylądował na lotnisku Rinas niedaleko Tirany w grudniu 1957 roku. Pilot wrócił do Stanów, a samolot został jako swoiste trofeum z Zimnej Wojny i wystawiony w Muzeum Broni miał przypominać o istniejącym zagrożeniu ze strony Imperialistów. Chorobliwa fobia wszechobecnego zagrożenia Envera Hodży zaowocowała budową na całym terytorium Albanii tysięcy bunkrów, od małych dwuosobowych kurników po wielkie opasłe zwały betonu. Obecnie wiele z nich zostało zniszczonych przez zbieraczy złomu, którzy rozkuli je pozyskując stal zbrojeniową.

 

       Trzy kolejne dni w ramach ładowania akumulatorów i walki z kłopotami zdrowotnymi spędziliśmy na plażach Ksamilu wyrywając się jedynie na krótkie wycieczki do Grecji i do Butrintu. Włodek doświadczony bolesnym zapaleniem mięśnia międzyżebrowego skorzystał z wykupionego przed wyjazdem ubezpieczenia i zbudowaną na wiekowym Land Rowerze karetką został zabrany do szpitala w Sarandzie. Sam budynek lazaretu nie zachwycał standardem ani wyglądem jednak żeńska część personelu prezentowała się wyśmienicie. Kilka słów o kobietach: wszystkie mają ciemną karnację z reguły zgrabne figury i mijane na ulicy bez względu na wiek i urodę akcentują odmienność kulturową tutejszej społeczności. Zawsze unikają kontaktu wzrokowego i nigdy się nie uśmiechają nawet gdy do tych najbardziej atrakcyjnych starałem się szczerzyć zęby w pozdrowieniu z pod otwartej przyłbicy kasku.

       W czerwcu wybrzeże Albanii jest zupełnie pozbawione turystów, lokale i plaże świecą pustakami, albańscy restauratorzy widząc spacerującą naszą szóstkę wybiegali na ulice aby zachęcić nas do odwiedzenia swojej knajpy. Restauracje oferują głównie dania z jagnięciny i baraniny, podawane z grillowanymi warzywami, frytkami i dużą ilością sałatek. Zamawiane dla całej grupy podawane są na półmiskach i każdy nakłada dla siebie kuszące go kąski. Ceny jakie płaciliśmy za obfity obiad w restauracji dla 6 osób wahały się od 5000 do 9000 leków. Gdyby nie znacząca odległość i kiepska infrastruktura drogowa było by to idealne miejsce do letniego wypoczynku. Kurorty takie jak Saranda czy Wlora kuszą nowoczesnymi pensjonatami i hotelami małe kameralne miejscowości albańskiej riwiery gwarantują indywidualny klimat. Szukając noclegu warto się potargować, w komfortowym pensjonacie z prywatną uroczą plażą w Ksamilu zapłaciliśmy 7,5 ero za nocleg ze śniadaniem. Śniadania podawane we wszystkich hotelach w jakich spaliśmy wyglądały tak samo: jasne pieczywo podane w formie tostów, rewelacyjne naturalne masło, masa dżemu oraz słony bardzo smaczny biały ser. Ciekawostką Albanii są ustawione przy drogach budy wielkości naszych kiosków ruchu w których sprzedawane są bez jakiegokolwiek nadzoru weterynaryjnego, na miejscu ubite kozły barany i inna zwierzyna. Lodówki w tych przybytkach są zbędne, poćwiartowane mięso dopóki nie znajdzie nabywcy huśta się na hakach w sąsiedztwie których spokojnie na ubój czekają kolejni skazańcy.
        Będąc przy granicy zajechaliśmy do Igoumenitsy aby zobaczyć rozdmuchany na cały świat kryzys. Mimo wczesnej przedpołudniowej pory deptaki bary i kawiarenki były pełne wypoczywających w spokoju Greków i nie zauważyliśmy nikogo, kto w pocie czoła zaharowując się walczył by z okrutnym kryzysem, zapewne tak jak spędzający czas w knajpkach Grecy miał on właśnie sjestę.

       Jak piszą w przewodnikach Butrint jest uważany za jedno z najciekawszych stanowisk archeologicznych w rejonie Morza Adriatyckiego i w roku 1992 został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Obszerny kompleks na którym znajduje się szereg szczątków budowli, których początki powstania datowane są na VII wiek przed naszą erą zainteresują zapewne pasjonatów archeologii i historii starożytnej. Niewątpliwie zostanę oceniony jako historyczny ignorant jednak oglądane w różnych rejonach świata starożytne ruiny (może poza egipskimi monumentami) stały się dla mnie kupą poukładanych we wzory stert kamieni przeplatanych cegłą na które będąc w okolicy warto rzucić okiem jednak specjalnie dla nich nie warto planować wycieczki. Butrint zachwyca jednak swym położeniem, to rozległe portowe miasto, otoczone kilkuset metrowym murem zostało przez starożytnych założone w uroczej okolicy. Wzdłuż wijących się sennie między ruinami alejek rosną olbrzymie eukaliptusy w sadzawkach porośniętych rzęsą pływają żółwie, wokół wszechobecny urok zielonego parku z dziedzińca muzeum położonego na wzgórzu z trzech stron otoczonym wodą, pomiędzy jeziorem Butrinti a kanałem Vivari rozpościera się niepowtarzalny widok, na pewno warto wydać 700 leków na wstęp i chwilę tam pospacerować.
        Opuszczając południe obowiązkowo należy jechać wybrzeżem. Potwierdzam opinie, iż widoki oglądane podczas motocyklowych wojaży wzdłuż lini Adriatyku i morza Jońskiego dostarczają niezapominanych wrażeń a przejazd przełęczą Llogary określiłbym bym jako wisienkę na tym torcie. Usłana nienagannym asfaltem trasa z Sarandy do Vlory biegnie zboczami gór Lungarë i gwarantuje niezapomniane impresje. Widok skalnych zboczy które zdają się wyrastać wprost z morskich fal, ścielące się poniżej pierzaste chmury, oglądane z położonej na wysokości 1010 m n.p.m przełęczy Llogary sprawiają wrażenie jakby ktoś wziął pędzel i starannie poruszając dłonią nakreślił swój wyśniony widok.
Po szczęśliwym przejechaniu będącego w katastrofalnym stanie odcinka drogi z Fier do Beratu, dotarliśmy do miasta tysiąca okien. To drugie albańskie miasto muzeum podobnie jak Gjirokastrę warto zobaczyć. Założone w III w. p.n.e. u podnóża szczytów ?Tomorri i Shpirag nie bez powodu nosiło kiedyś nazwę Pulcheriopolis - czyli Piękne Miasto. Charakterystyczną cechą tego miejsca jest, iż oglądane zabytki nie są jedynie świadectwem zapisanego w historii statusu i znaczenia miasta lecz do dzisiaj służą mieszkańcom. Jadąc do bram twierdzy mijamy średniowieczny Mangalem - położoną poniżej dzielnicę jednopiętrowych uroczych zabytkowych domów. Prowadząc motocykl pod bardzo bystre wzniesienie, ulicą wybrukowaną śliskim, naturalnym i nierównym kamieniem trudno mi było cieszyć się ich urokiem, gdyż troska o utrzymane się w siodle pochłaniała całą moja uwagę. Wstęp na teren zamieszkałego do dzisiaj zamku kosztował 100 Leków, w środku oczarowują niskie budowle powstałe w XIII w. a samozwańczy przewodnik używając miksu wielu języków starał się przybliżyć nam bogatą historię tego miejsca. Z zamkowego wzgórza po przeciwnej stronie rzeki Osum widać koleje zabytkowe utrzymane w nienaruszonym stanie zamieszkałe osiedle noszące nazwę Gorica. Jemu właśnie miasto zawdzięcza przydomek "Miasta Tysiąca Okien" całą starówkę zabudowano szeregiem niskich domków,? przycupniętych na zboczu i migających setkami małych okien.?


  Żegnając Albanię pozostał do zrealizowania ostatni punk wycieczki, mianowicie najrzadszy udostępniony dla zwiedzających zabytek "kulla e ngujimit" czyli wieża w której do końca swego życia zamykali się mężczyźni zamieszani w wendetę. Wieża znajduje się w parku narodowym Theth w górach przeklętych o którego niepowtarzalnych walorach turystycznych przeczytacie sobie w przewodniku. Nam niestety nie udało się do niego dotrzeć. Włodek na informację, iż kilkudziesięciu kilometrowy odcinek trzeba będzie pokonać pozbawianą asfaltu górską drogą od razu zdeklarował, iż nie jedzie lecz w knajpce poczeka na nas pieszcząc swoje BMW.
Zjeżdżając z asfaltu minęliśmy muskularnego kampera zbudowanego na ciężarowym terenowym podwoziu MANA. Niemiecka załoga z ironicznymi uśmiechami spoglądała na nasze maszyny, my jednak nie zrażeni i dumni jak nasza piłkarska drużyna narodowa brnęliśmy pod górę. Andrzej swoim XVS 1300 pokonał kilkaset metrów drogi i parkując na poboczu postanowił na nas poczekać. Paweł na TDM - ce wyrwał do przodu i tyle go widziałem natomiast my z Grześkiem po pokonaniu dystansu około 1,5 kilometra wspólnie wywiesiliśmy białe flagi. Droga okazała się krętą wąską górską ścieżką pełną płynącej wody i co najgorsze wysypaną dużymi luźnymi otoczakami w których tonęły nasze FJR - y. Po zatrzymaniu te objuczone bagażem półtonowe stworzone na szybkie autostradowe przeloty monstra w żaden sposób nie chciały ponownie wystartować. Przyznam nieskromnie że jadąc przed Grześkiem kilka razy zaliczyłbym solidną glebę w wyniku podcięcia koła na wielkich kamorach i z niekłamaną ulgą przystałem na propozycję o zaniechaniu dalszej mozolnej wspinaczki. Paweł po zorientowaniu się że został sam na polu bitwy zawrócił maszynę i całą czwórką z podkulonymi ogonami dołączyliśmy do Włodka w knajpie.

       Wszystko co dobre się kończy, naładowani samymi pozytywnymi wrażeniami zostawiając bunkry i osiołki przekroczyliśmy granicę na nowym przejściu po zachodniej stronie jeziora Szkoderskiego. Na krótko zajechaliśmy do Ulcinija by zwiedzić twierdzę i na ostatnim noclegu w Caniju przy butelce rakii pożegnaliśmy Bałkany. W drodze powrotnej co ciekawe już po raz trzeci z rzędu przez Węgry byłem zmuszony jechać w deszczu. Siedmiuset kilometrowy odcinek drogi od Szegedu do Brzeska płynęliśmy w strugach zimnego deszczu. Termometr pokazywał temperaturę od 10 do 12 stopni a ja i Kuba jak nigdy wcześniej tęskniliśmy za deszczakami, które przez nieuwagę zostawiłem na parkingu w Tiranie.

 

Więcej zdjęć

Copyright 2020  Witryna pasjonatów przygody z motocyklem