^Powrót do góry

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5
foto5

2008 Rumunia - widziana przez szybę w kasku

Pomimo kilku miesięcy jakie upłynęły od zakończenia naszej wycieczki, postanowiłem przelać na papier moje doświadczenia z wyjazdu do Rumunii. Po pierwsze, aby podzielić się wrażeniami, a po drugie, by tym materiałem pomóc wszystkim, którzy planują zwiedzanie tych terenów.
Wraz z grupą znajomych długimi zimowymi wieczorami snuliśmy rozważania co do celu podróży. Pierwotnie planowaliśmy wyjazd na Krym jednak po uwzględnieniu mniej lub bardziej uzasadnionych racji wszystkich zdeklarowanych uczestników wyprawy, postanowiliśmy zwiedzić kraj księcia Draculi oraz słoneczne plaże Neseberu nad morzem czarnym w Bułgarii.

W pogodny poniedziałkowy poranek o godzinie 6:00 21 czerwca 2008 r. w miejscu zbiórki w Brzesku stawili się wszyscy uczestnicy wycieczki tj. Edyta i Jurek na motocyklu Honda Shadow VT 600 - jedyna para w zespole, Grzesiek na Hondzie Varadero 1000, mój brat Szymon na Hondzie VFR 800 i ja na Yamasze FJR 1300. Motocykle objuczone bagażami prezentowały się imponująco w promieniach wschodzącego słońca. Ogrom bagażu przemyślnie upakowany na Shadole Jurka, bądź co bądź najsłabszej maszynie w zespole i dodatkowo dosiadanej przez dwie osoby, budził podziw dla odwagi właściciela gdyż mną targały wątpliwości czy ta delikatna maszyna podoła trudom zaplanowanej przez Karpaty podróży.

Po odcumowaniu z Brzeska drogą K75, obraliśmy kierunek na Nowy Sącz i Piwniczną gdzie przekroczyliśmy granicę. Słowację przejechaliśmy bardzo sprawnie poruszając się drogami o niewielkim natężeniu ruchu oraz bardzo dobrej nawierzchni. Przejeżdżając przez Preszow oraz Koszyce dotarliśmy do granicy Węgierskiej w Heidasnemeti.

Na Węgrzech okazało się iż, po przeinstalowaniu oprogramowania nasz pilot tj. nawigacja MIO C320 pomimo zmian parametrów trasy zawsze wybiera najkrótsza drogę. To niedopatrzenie sprawiło iż, podczas postojów związanych z tankowaniem byliśmy zmuszeni do częstego weryfikowania wybranej przez nawigację drogi. Ruch pojazdów na węgierskich drogach mimo iż znacznie większy niż na Słowacji pozwala sprawne się przemieszczać. Przejeżdżając przez okolice Tokaju mieliśmy okazję podziwiać niespotykane w naszym kraju osobliwe widoki. Niczym fale oceanu, po horyzont zdawały się rozpościerać nieprzebrane krzewy winorośli. Winnice oraz rozlokowane przy trasie liczne restauracyjki starły nęcić podróżnych pełnym bukietu aromatem wyśmienitego wina oraz specjałami węgierskiej kuchni. Pozostawiając jednak zwiedzanie tych terenów na osobną wycieczkę ze średnia prędkością w okolicach 90 km/h kierując się przez Nyiregyhaze dotarliśmy do granicy rumuńskiej w Petei.

W miejscowości Satu Mare po przejechaniu 479 km zatrzymaliśmy się w celu zasilenia kieszeni rumuńską walutą. Odnalezienie bankomatu jest rzeczą bardzo prostą, myślę że w Rumuńskich miastach jest ich więcej niż w Polskich, jednak nie wszystkie obsługują popularne karty Visa. Przykrego zawodu doznała nasza Edytka dla której próby podjęcia gotówki z trzech kolejnych kapryśnych maszyn skończyły się niepowodzeniem, dopiero łaskawy ścienny bankier w Sighisoarze zdecydował się obdarować ją żywą rumuńską gotówką. Posiadanie pieniędzy w Rumuni jest rzeczą niezbędną, gdyż w nielicznych sklepach oraz tylko wybranych, zlokalizowanych głównie w dużych miastach stacjach benzynowych można zapłacić kartą.
Bez zbędnej straty czasu po zaopatrzeniu się w odpowiednią ilość Lei udaliśmy się w kierunku Sapanty.

Jadąc drogą DN 19, wyglądającego na ubogi rejonu Maramures, naszą uwagę przykuła miejscowość Huta - Certeze. Gęsto zabudowane przy ulicy domy otoczone wypielęgnowanymi ogródkami wyglądały niczym wille bogatych Rzymskich mieszczan w czasach cesarstwa. Na tle wiejskich skromnych zabudowań rozsianych po drodze miejscowość ta zdawała się wyglądać jak z innej bajki.

Przed miejscowością Piatra po pokonaniu górskiej przełęczy, w restauracji pod lasem zatrzymaliśmy się na pierwszy obiad w Rumuni. Za pięć porcji w postaci mięsa z grilla z ziemniakami opiekanymi w oleju oraz surową kapustą podaną w formie sałatki zapłaciliśmy 87 lei. Właściciel restauracji zaproponował nam kwatery na poddaszu po 80 lei od osoby z których jednak nie skorzystaliśmy

Sapanta

Po przejechaniu 577 km około 18:00 dotarliśmy do Sapanty. Jest to mała wioska położona w odległości 19 km na zachód od Syhotu niedaleko granicy Ukraińskiej. Tym co nas skłoniło do jej zwiedzenia jest wesoły cmentarz (Cimitiru Vesel). Wejście na cmentarz jest płatne 5 lei od osoby, w ramach wejściówki otrzymuje się pocztówkę z widokiem na ciemnobłękitne drewniane nagrobki. Wszystkie są zdobione płaskorzeźbami głównie autorstwa Iona Stana Patrasa (1909 - 1977) upamiętniającymi cechy zmarłego czy zmarłej. Dla zainteresowanych sztuką sakralną jest to zapewne swoistego rodzaju post mortem niespotykane nigdzie na świecie o którym rozpisują się szeroko wszystkie przewodniki turystyczne po Rumuni. Jednakże w mojej ocenie prostego człowieka dla którego najciekawszą sztuką są konie mechaniczne zakute w stali i osadzone na dwóch kołach, miejsce to nie okazało się szczególnie interesującym i obejrzenie cmentarza na pocztówce w zupełności zaspokoiło by moją ciekawość. Jednak z rzeczy które gorąco mógłbym polecić w tej małej wiosce to uroczy pensjonat Dalja oferujący pokoje gościnne w cenie średnio 16 euro od osoby oraz najlepsze w całej Rumuni piwo Ursus w barze Ilena w cenie 2,25 lei za butelkę.

Po zjedzonym w altanie ogrodu sutym śniadaniu i objuczeniu maszyn bagażem, podziękowaliśmy uprzejmej gospodyni i udaliśmy się w kierunku rysującej się na horyzoncie porwanej linii "grzebienia koguta" (Creasta Cocosului) w górach Gutiului.

Wyjeżdżając z Sapanty udało się nam zaobserwować nieodparty urok lokalnego folkloru. Mieszkańcy mijanych wsi udawali się na niedzielne nabożeństwo ubrani w stroje ludowe. Starsze Panie w jednolite czarne uniformy dojrzałe kobiety oraz młode dziewczęta w kwieciste sukienki, białe bluzki oraz kolorowe chusty na głowach. Przepraszam iż nie piszę o mężczyznach, jednak nie zwróciłem uwagi na wygląd ich garderoby gdyż zapewne żaden nie posiadał uroku chłopaka P. Raczka.

Elementem charakterystycznym tych rejonów są bardzo wysokie często bogato zdobione wykonane z przepychem drewniane bramy wjazdowe do poszczególnych wiejskich gospodarstw. Ich konstrukcja oprócz niezaprzeczalnych walorów estetycznych uniemożliwia całkowicie zaglądanie przejezdnym na obszerne obejścia gospodarstw w których chłopi nadal w tradycyjny sposób prowadzą gospodarstwa rolne. Nie należą tu do rzadkości widoki starych drewnianych domów, zaprzęgów konnych, często wozów ciągnionych przez woły, stad owiec oraz kóz pasących się na zboczach gór jak również ustawionych przy drodze ławeczek na których mieszkańcy całymi rodzinami przesiadują obserwując ruch uliczny.

Droga nr DN 18 przez przełęcz Guttii okazała się najbardziej fascynującym odcinkiem pokonanej dotychczas trasy. Niekończące się zakręty uśmiechały się do kierowcy, profile łuków zdawały się zapraszać do coraz szybszego pokonywania wiraży, asfalt szeptał by kłaść się niżej i niżej. Z każdym nowym winklem podnosił się poziom adrenaliny, droga zdawała się zawężać, do uszu kierowcy dochodził tylko ryk silnika wkręcanego na obroty przy wyjściu z każdego zakrętu i odgłos ścieranego o asfalt metalu podnóżek.
Po fascynujących przeżyciach podczas pokonania masywu górskiego z którym o dziwo wyjątkowo gładko poradził sobie Shadow Jurka, wjechaliśmy do Bia Mare.
Miasto to wyglądające jak komunistyczny relikt przeszłości, z blokowiskami pozbawionymi szyb, gromadami zaniedbanych romskich dzieci zniechęcało do zatrzymania się choćby na tankowanie.

W okolicach miejscowości Dej, na rogatkach jednej z wiosek, niczym sprinter wychodzący z bloków startowych, zza kufra białej nie oznakowanej Daci Logan, wystrzelił w naszym kierunku Rumuński stróż prawa, wymachując zamaszyście biało czerwonym lizakiem. Po tak spektakularnym powitaniu zatrzymaliśmy wszystkie cztery maszyny. Funkcjonariusz jednak dobitnie dał do zrozumienia iż zamierza rozmawiać jedynie z przewodnikiem pędzącego zgodnie ze wskazaniami wideorejestratora z prędkością 107 km/h stada motocykli i w ten oto sposób zostałem z nim sam na sam. Po okazaniu dokumentów zostałem zaproszony na szczególną projekcję w której ja z przyjaciółmi graliśmy główne role.
Pomimo bariery językowej z użyciem kartki papieru i długopisu zostałem poinformowany że, przekroczenie prędkości, która w terenie zabudowanym wynosi 50 km/h o 10 km/h nie stanowi problemu, jazda z prędkością do 100 km/h wiąże się z karą grzywny, natomiast w mojej jak rzesz niekorzystnej sytuacji po przekroczeniu 100 km/h zostanę ukarany mandatem i pozbawiony prawa jazdy. Nie będę opisywał blisko godzinnych negocjacji, przytoczę jedynie ich finał, w którym dzięki nieodpartemu urokowi banknotu o nominale 100 euro, za który oczywiście nie otrzymałem żadnego pokwitowania, udało mi się odzyskać prawo jazdy i z pewną ulgą na sercu i kieszeni ruszyć w dalszą drogę. Dodam jedynie iż moi przyjaciele zdecydowali że, kwota mandatu zostanie równo podzielona na cztery części i za obraz z wideorejestratora z nami w roli głównej wszyscy zapłacimy po równo, dzięki czemu odzyskałem 75 euro.

Dalsza jazda po zakończeniu kosztownych negocjacji okazała się udręką, fragment drogi nr DN 17 Pomiędzy Dej i Bistrią przypominał typowo off-roadowy odcinek specjalny. Asfalt o strukturze sera szwajcarskiego, w którym dziury biorą górę nad rzeczywistą treścią, lejący się z nieba żar i tumany kurzu wzbijane przez przejeżdżające samochody zupełnie zatarły radosne nastroje wyniesione z porannej podróży przełęczą Guttii. Zmęczeni i brudni od drogowego pyłu zatrzymaliśmy się w restauracji Regis, gdzie po 30 lei od osoby udało się nam zjeść smaczny i suty obiad. Rzeczą charakterystyczną rumuńskich restauracji jest podawanie do posiłków pieczywa, które skonsumowane czy nie, zostaje doliczone do rachunku.

Dojeżdżając do rodzinnego miasta Vlada Tepesa (Vlad Palownik, Dracul) na nowo zaczął wracać nam dobry humor, bo zdecydowanej poprawie uległa jakość nawierzchni, słońce przestało doskwierać, a wijące się przed Sighisoarą zakręty pozwoliły na nowo złapać pełen wiatr w żagle. Bez większych trudności zakwaterowaliśmy się w uroczym pensjonacie Julia przy ul. Caraiman i po zmyciu z siebie trudów podróży ruszyliśmy do miasta w poszukiwaniu zimnego piwa.

Sighisoara jest najlepiej zachowaną i najbardziej charakterystyczną feudalną osadą w Siedmiogrodzie. Miasto pełniące niegdyś rolę obozu rzymskiego, po skolonizowaniu w roku 1280 przez Sasów, stało się prężnym ośrodkiem handlowym. System obronny stanowiły wysokie mury z 19 wieżami. Jak w każdym mieście siedmiogrodzkim, każdy cech rzemieślniczy był odpowiedzialny za obronę określonego odcinka. Spacerując dzisiaj wzdłuż murów, możemy podziwiać dziewięć wież o różnych formach. Największa z nich to Turnul Croitorilor (Bastion Krawców). Jednak najlepszą reklamę miastu zrobił irlandzki pisarz Bram Stoker publikując w roku 1897 książkę o księciu Draculi. Pomimo, iż ten bohater antytureckiego ruchu oporu, posługujący się popularnymi w tamtych czasach metodami walki jak nabijanie wrogów na pal, nie miał wiele wspólnego ze zjawiskiem wampiryzmu stał się niekwestionowanym symbolem tego ruchu. W domu, w którym prawdopodobnie urodził się Książe dzisiaj mieści się restauracja.

Biertan

Kierując się na wschód od Sighisoary warto odwiedzić miejscowość Biertan. Znajduje się tam wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego i Kulturalnego UNESCO, jeden z najpiękniejszych kościołów obronnych w Siedmiogrodzie. Otoczona trzema rzędami murów świątynia z 1468 r., kryje w sobie takie ciekawostki jak wyrzeźbione w 1515 r. drzwi do zakrystii wyposażone w przemyślny system zamków z 19 ryglami, czy pomieszczenie, w którym zamykano na 15 dni małżeństwa pragnące rozwodu. Widok z murów kościoła na zabudowę Biertanu gdzie wokół ukwieconego dziedzińca stoją pięknie odrestaurowane kryte dachówką saskie kamieniczki o różnobarwnych elewacjach oraz okoliczne wzgórza napawa optymizmem, iż jeszcze nie wszystkie miejsca w Europie zostały zeszpecone atrybutami nowoczesności w postaci supermarketów czy dróg szybkiego ruchu.

Opuszczając Biertan wybraliśmy najkrótszą trasę drogą DJ 141 w kierunku gór Fogarskich. Wybór ten okazał się strzałem w dziesiątkę. Wąska asfaltowa droga wijąca się zielonymi dolinami, prowadziła przez senne wioski (Richis, Pelisor, Merghindeal). Małe skromne budynki, ludzie niespiesznie krzątający się wokół swoich obejść, pozdrawiający przejeżdżających motocyklistów z wyraźnym zainteresowaniem i uśmiechem na twarzy oraz praktycznie bark ruchu pojazdów tworzą niecodzienny klimat.
Gdyby nie drewniane słupy elektryczne oraz czasami zaparkowana przy małym sklepiku stara Dacia można by sądzić, iż zamiast motocyklem poruszamy się wehikułem czasu, który przeniósł nas w zamierzchłą przeszłość. Upajanie się pięknem nieskażonej ludzka ręką natury, okupione jest jednak koniecznością utrzymywania pełnej koncentracji. Dziury w drodze zdają się zupełnie wypierać asfalt, który na pewnych odcinkach drogi znika zupełnie ustępując miejsca szutrowym wybojom. Poruszając się moim ciężkim FJR - em, zazdrościłem komfortu Grześkowi, który z gracją przeskakiwał pomiędzy dziurami na masywnym Varadero wręcz stworzonym do takiej nawierzchni. Po trudach offrodu przy 38 stopniowym upale, godzina spędzona w klimatyzowanej ciastkarni na lodach i kawie w miasteczku Fagaras pozwoliła odpocząć sfatygowanym tyłkom.

Przed wjazdem na drogę transfogarską zatrzymaliśmy się na obowiązkowe zdjęcie przy drogowskazie z numerem trasy oraz panoramą ośnieżonych o tej porze roku gór Fogarskich. Ruszając w dalszą drogę poczułem silny ból w krtani spowodowany użądleniem przez osobnika z rodziny osowatych. W obawie przed obrzękiem przełyku i uduszeniem szybko zatrzymałem motocykl i w tym właśnie miejscu przyszło mi docenić obecność w naszym zespole Edytki. Po zaglądnięciu w bagaż Shadowa zaaplikowała mi solidną dawkę calcium, o którym zapewne żaden z panów nie pomyślał pakując bagaż.


Północna strona masywu górskiego powitała nas zapierającymi dech w piersiach zakrętami wijącymi się porośniętym jedynie trawą zboczem masywu. Po lewej stronie widać najwyższy szczyt Rumuni Moldoveanu (2544 m), po prawej górskie strumienie z krystaliczną zimną jak lód wodą, gdzieniegdzie zaparkowane samochody i biwakujący w upalny dzień ludzie.

Dobra nawierzchnia asfaltu oraz kuszące profile zakrętów skłaniają do całkowitego zatracenia się w wirze szybkiego pokonywania winkli, jednak nieodparty urok gór oraz przejrzysta piękna pogoda zachęcała do refleksji i upajania się widokami. Pomimo, iż celem każdej mojej wycieczki jest wyniesienie jak największej frajdy z podróżowania wstęgą zakręcającego asfaltu, nie byłem w stanie oprzeć się urokowi matki przyrody i zatrzymując się co kawałek na sesję zdjęciową powoli wspinałem się do góry. Na poboczach leżały jeszcze wysokie zwały śniegu, kilkaset metrów przed szczytem minęliśmy spychacz torujący drogę przez śnieżne osuwisko całkowicie tarasujące przejazd.

Przed blisko dwukilometrowym tunelem prowadzącym na drugą stronę masywu, na wysokości około 2000 m warto się zatrzymać przy schronisku nad brzegiem jeziora, które nie różni się niczym od spotykanych w austriackich czy włoskich Alpach.
Na szczycie posililiśmy się owczym serem kupionym na góralskim straganie, który w smaku do złudzenia przypominał naszego oscypka i ruszyliśmy na południową stronę osławionej wśród motocyklistów całej Europy trasy Transfogarskiej. Widoki po drugiej stronie masywu równie imponujące, jednak jakość nawierzchni zbudowanej przez Caucescu drogi, której głównym zadaniem było przerzucenie przez Karpaty do stolicy rumuńskich wojsk okazała się fatalna. Klucząc pomiędzy dziurami w drodze, zalegającym na zakrętach żwirem, spoglądając na zniszczone i pozrywane bariery, nie byłem wstanie czerpać przyjemności z piękna otaczającej mnie przyrody. O przyjemności z jazdy raczej nie będę wspominał. Gdy patrzyłem na Jurka, który ramą swojego lśniącego chopera szlifował kamienie na drodze, to ogarniała mnie niepohamowana wściekłość na rumuńskich drogowców, którzy pozwolili na doprowadzenie najciekawszej atrakcji turystycznej Rumunii do agonalnego wręcz stanu.

Poruszając się krętą i dziurawą drogą wzdłuż brzegów jeziora Lacul Vidraru, przejeżdżając przez wysoką betonową zaporę pełniącą rolę scenografii w filmie "Działa Navarony" dotarliśmy do twierdzy, której nie sposób ominąć.

Do zlokalizowanych na wysokim wzgórzu ruin fortecy Cetatea Poienari Vlada Drakuli, można się dostać jedynie pieszo pokonując ponad 1500 stopni. Wyjście na górę szybkim marszem zajęło nam 25 minut. Pomimo chłodu wieczoru czułem jak pot zalewa mi czoło, jednak widoki z wybudowanej z czerwonej cegły fortecy w pełni rekompensują poniesiony wysiłek. Przy zmierzchu wieczoru, poruszając się ruinami murów poczułem żywego ducha historii, oczami wyobrażani, na wijącej się skalnymi półkami drodze z zawieszonymi w powietrzu wiaduktami, zobaczyłem zaciężne wojsko wyruszające spod zamku na krucjatę przeciw niewiernym. Świadomość, iż po tych komnatach przechadzał się ongiś krwiożerczy i okrutny Książe Tepes, nazywany przez podwładnych diabłem przyprawia o dreszczyk emocji.
Aby nacieszyć się magią tego miejsca postanowiliśmy spędzić noc w namiotach, pod fragmentem rozgwieżdżonego rumuńskiego nieba, wykrojonego przez otaczające nas szczyty masywu górskiego u podnóża zamku. Kolacja w postaci pieczonej na ognisku kiełbasy, herbaty z puszki po piwie i toalety w lodowatej wodzie przepływającego strumienia to prawie pełnia szczęścia, gdyby nie świadomość, iż zamiast ponętnej kobiety i zapachu perfum w namiocie znajdę jedynie dwóch włochatych facetów o zapachu piwa.
Chłodna noc w górach przyczyniła się do rozwoju infekcji górnych dróg oddechowych u naszej Edytki, dlatego po śniadaniu doszliśmy do wniosku, iż najlepszym lekarstwem będzie gorąca plaża nad Morzem Czarnym.

Pożegnawszy się z Karpatami, w miejscowości Pitesti wjechaliśmy na drogę E70 i 100 kilometrowy odcinek autostrady do Bukaresztu. Po niedogodnościach rumuńskich asfaltów autostrada była balsamem dla naszych wytłuczonych tyłków, obnażyła jednakże niedoskonałości naszych maszyn.
Mała zwarta Honda Shadow okazała się maszyną zupełnie nieprzystosowaną do szybkiej dalekiej turystyki. Jazda z prędkością większą niż 120 km/h przyprawiała Jurka i Edytę o wypadanie plomb z zębów z powodu wibracji przenoszonych przez silnik i każda próba z mej strony podciągnięcia peletonu kończyła się niepowodzeniem. Ponadto mała pojemność zbiornika paliwa znacznie utrudnia podróżowanie. Masywne Varadero 1000 objuczone trzema kuframi na autostradzie okazało się być kapryśne, po przekroczeniu 160 km/h zaczynało silnie wężykować jakby nosiło się z zamiarem zrzucenia z grzbietu właściciela i udania się na popas. Ten odcinek drogi okazał się być stworzony dla dwóch pozostałych maszyn. Muskularna Yamaha FJR 1300 oraz smukła Honda VFR 800 czuły się tutaj jak ryby w wodzie. Pomimo kufrów bagażowych jazda z prędkościami grubo ponad 200 km/h nie stanowiła żadnego problemu.

Dzięki autostradzie szybko i sprawnie dotarliśmy do Bukaresztu. Korzystając z doświadczeń innych motocyklistów opisanych w internetowych relacjach z wycieczek do Rumunii ominęliśmy stolicę obwodnicą, która okazał się dla mnie wręcz drogą krzyżową. O ile podróż autostradą minęła szybko i sprawnie, ten 17 kilometrowy odcinek pokonywaliśmy blisko dwie godziny. Droga była zupełnie zakorkowana przez ciężarówki, które częściej stały a rzadziej poruszały się z prędkością około 20 km/h. Obwodnica ma jedynie po jednym pasie ruchu w każdym kierunku, nie posiada poboczy, mostki zjazdowe na posesje uniemożliwiają omijanie samochodów z prawej strony, koleiny w asfalcie są tak duże, że przejeżdżając przez nie rysujesz asfalt ramą motocykla. Dopełnieniem tego dramatu był upał, temperatura wyświetlana na zegarze VFR wskazywała 42 stopnie Celsjusza, pracujące bez przerwy wentylatory mojej Yamahy tłoczyły na mnie masy gorącego powietrza. Czułem się jakbym dosiadał ognistego rumaka u otwartych wrót piekieł, z każdą minutą w tym ukropie utwierdzałem się w przekonaniu, iż nigdy nie zdecyduję się na wycieczkę do Afryki, którą planował Grzesiek.

Przekraczając granicę w miejscowości Ruse drogą E70 dojechaliśmy do Sumen, gdzie w banku wymieniliśmy euro na bułgarskie lewy, a dalej najkrótszą drogą do Neseberu. W tym przypadku wybór najkrótszej drogi mimo małego ruchu pojazdów i stosunkowo dobrych asfaltów nie wyszedł nam na dobre. Kiepskie pokrycie dróg w mojej nawigacji sprawiło, iż często błądziliśmy nadkładając drogi.

W Neseberze bez kłopotu znaleźliśmy kwatery w pensjonacie Selena w cenie 30 lewów od osoby. Zaletą pensjonatu był podziemny garaż dla gości, w którym udało się nam zaparkować nasze motocykle.

Neseber Neseber to jedno z najstarszych i moim zdaniem najładniejszych miast Europy. Położone niedaleko Słonecznego Brzegu, na niewielkim, skalistym cyplu, z lądem połączone jest jedynie wąskim przesmykiem. Masywne kamienne mury otaczające stare miasto to świadectwo tego, jak wiele starań wkładali w obronę Neseberu jego mieszkańcy. Liczne najazdy Celtów, Greków, Rzymian i Gotów spowodowały, że do dziś miasto jest niezwykłą mozaiką stylów architektonicznych, dzięki czemu w przewodnikach zostało nazwane perełką czarnomorskiej architektury. Unikatowe zabudowania miejskie są wpisane są na listę UNESCO. Historia miasta sięga piątego wieku przed naszą erą. W przeciągu tysiącleci kilkakrotnie zmieniało ono swoją nazwę, w zależności od tego, kto panował w grodzie.
W porcie znajduje się wiele restauracji serwujących przede wszystkim świeże owoce morza po atrakcyjnych cenach. Wyjątkowy nastrój panuje wieczorową porą, kiedy ożywają liczne restauracje i bary rozmieszczone pomiędzy ruinami starych świątyń. Piaszczyste plaże, pełne uroczych bułgarskich dziewcząt korzystających ze słońca w strojach toples, zapewniają turystom cały wachlarz atrakcji. Nie sposób określić to miejsce inaczej jak "raj na ziemi".

Drogę powrotną pokonaliśmy w dwa dni. Wyjeżdżając po południu z Neseberu, drogą E87 skierowaliśmy się do Varny, następnie drogą E70 do Pitesti skąd odcinkiem drogi E81 dojechaliśmy do Calimanesti, gdzie spędziliśmy ostatni nocleg w Rumunii. Następnego dnia, pomimo wyraźnego sprzeciwu damskiej części ekipy, udało się nam pokonać dystans 940 km i późnym wieczorem jadąc przez miejscowości Sibiu, Deva, Oradea, Debrecen, Miszkolc, Koszyce, Preszow, Piwniczna oraz Nowy Sącz udało się dotrzeć do domu.

 

Kilka słów podsumowania.

Wycieczka zmieniła zupełnie mój stereotyp postrzegania Rumunii.
Uważam, że jest to piękny i ciekawy kraj, którego mieszkańcy wyrozumiale traktują motocyklistów. Gesty powitania i uśmiechy na twarzach mieszkańców mijanych miejscowości oraz kierowców samochodów są częstym widokiem. Podczas kilkudniowego pobytu nigdy nie mieliśmy kłopotu ze znalezieniem noclegów w przydrożnych pensjonatach oferujących w cenie 50 zł. przyzwoity standard. O rumuńskiej kuchni i cenach w restauracjach można mieć tylko dobre zdanie. Ceny paliw na stacjach benzynowych w czerwcu 2008 r. były średnio o 80 groszy niższe niż w Polsce. Zauważalne utrudnienia dla turystów to jakość rumuńskich dróg i problemy z korzystaniem z kart płatniczych.

Niezdecydowanym gorąco polecam Rumunię i życzę zawsze przyczepnych asfaltów.

Pozdrawiam Wojtek

Copyright 2020  Witryna pasjonatów przygody z motocyklem