^Powrót do góry

foto1 foto2 foto3 foto4 foto5
foto5

2010 Krym, czyli motocyklowe rodeo przez Ukrainę

       Rok 2010 był pełen szumnych konceptów w zakresie motocyklowej wycieczki. Rozważaliśmy kilka egotycznych kierunków jednak twarde ekonomiczne realia zdecydowały o wyjeździe na Krym. Bez szczegółowych planów dotyczących trasy podróży w dniu 18 września 2010 r. ze stacji Orlen w Sufczynie wystartował trzyosobowy team w składzie: Grzesiek na Suzuki DL 1000 V-strom, Szymon na Yamaha FJR 1300 oraz ja, na Yamaha TDM 900.

       Uzbrojeni w dwie nawigacje Mio 320, chłodnym porankiem ruszyliśmy w kierunku przejścia granicznego w Krościenku. Zgodnie z zasłyszanymi wcześniej opiniami okazało się, iż ruch na przejściu nie jest zbyt duży i po kilkudziesięciu minutach spędzonych w przygranicznej kolejce, odwiedzeniu w okienkach pograniczników przetoczyliśmy nasze maszyny na ziemię obwodu Lwowskiego. Z uwagi na brak czasu postanowiliśmy poświęcić jedynie dwa dni na historyczno-sentymentalną podróż po ziemiach byłej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Po wymianie waluty przy granicy, jak się później okazało po najniższym z całej wycieczki kursie, ruszyliśmy w kierunku Podola. Kilkanaście kilometrów przed Stanisławowem (obecnie Iwano-Frankowsky), w gustownej Lisowej Tawernie, pokosztowaliśmy kuchni naszych sąsiadów. Po zjedzeniu barszczu ukraińskiego oraz przygotowanego nad żywym ogniem na zewnątrz restauracji dania, nazwanego przez ormiańskiego szefa kuchni Andżuga, bez żadnych postojów dotarliśmy do Kamieńca Podolskiego. 

Przyznam, że jazda po zmroku w strugach deszczu ukraińskimi drogami dostarcza szeregu niezapomnianych wrażeń, zwłaszcza gdy dojrzeje w nas myśl, iż mogą to być ostatnie wrażenia jakich doświadczyliśmy w naszym życiu.
Niewątpliwie dla nas Polaków włączona w 1434 roku do Korony historyczna stolica Podola jest najciekawszą atrakcją turystyczną Ukrainy. Kamieniec Podolski malowniczo otoczony głębokim jarem Smotrycza, urzekł nas niepowtarzalnym położeniem oraz szeregiem ciekawych zabytków dokumentujących wielonarodowościowy charakter miasta, podzielonego niegdyś na trzy "etniczne" dzielnice: Ruską, Polską i Ormiańska.

W dawnej dzielnicy polskiej zwiedziliśmy najdalej na wschód wysuniętą gotycką katedrę Europy w której odprawiana była akurat msza weselna w języku polskim. Katedra jest jedynym kościołem rzymskokatolickim na świecie z dobudowanym przez Turków muzułmańskim minaretem, którego szczyt wieńczy pozłacana figura Matki Boskiej. Obok katedry znajduje się mały cmentarz na którym przy wejściu po lewej stronie stoi pomnik w kształcie pnia drzewa poświęcony "Pamięci Pana Pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego, Hektora Kamienieckiego". Pomnik oraz szereg nagrobków z XVIII i XIX wieku z napisami w języku polskim obudził w mej pamięci obrazy z trylogii Henryka Sienkiewicza oraz ogromny żal w sercu, iż w wyniku dramatycznych i niepomyślnych dla naszego kraju wydarzeń w roku 1793 Polska bezpowrotnie utraciła te tereny, na których do dzisiejszego dnia żyje wielu naszych rodaków.

       Opuszając miasto mostem tureckim podziwialiśmy panoramę twierdzy Kamienieckiej. Do dzisiaj przetrwała jedynie najstarsza część fortyfikacji zwana starym zamkiem. Tworzące nieregularny czworobok umocnienia otoczone potężnymi murami o szerokości dochodzącej do 4 metrów, wyposażone są w szereg wkomponowanych baszt i galerii. Ogrom budowli sprawiał, iż w przekonaniu obywateli I Rzeczpospolitej była ona nie do zdobycia. Zbudowane w korycie rzeki budowle hydrotechniczne pozwalały spiętrzyć wodę w korycie Smotrycza co uniemożliwiało najeźdźcom podejście pod mury i podłożenie ładunków wybuchowych. Przez ponad kilkaset lat twierdza odpierała najazdy tureckie tatarskie i wołowskie zdobywając dla miasta miano przedmurza chrześcijańskiego europy. Wewnątrz zamku zwiedziliśmy ekspozycję upamiętniającą historię II wojny światowej, która uważam zupełnie psuje niepowtarzalny klimat dumnej warowni.
      Spotkany na zamku przewodnik szkolnej wycieczki, nasz rodak skazany niesprawiedliwością dziejową II wojny światowej na życie najpierw w ZSRR a obecnie na Ukrainie w obwodzie Lwowskim, zachęcił nas do odwiedzenia Okopów Świętej Trójcy. Właśnie w Okopach jako symbolu świetności dawnej Rzeczpospolitej bronił się Kazimierz Pułasaki z garstką konfederatów barskich. Dzisiaj w tym przedwojennym narożniku cywilizowanego świata (tam w widłach Dniestru i Zbrucza zbiegały się granice Polski, Rumunii i Rosji radzieckiej) zobaczyliśmy jedynie ruiny kościoła, pozostałości ziemnych umocnień warownej osady zbudowanej w roku 1692 przez hetmana S.J. Jabłonowskiego oraz dwie bramy Lwowską i Kamieniecką.

     Zupełnym przeciwieństwem Okopów, gdzie poza ciekawą historią, nie ma nic interesującego do zobaczenia, jest zbudowana na skalnym cyplu nad brzegiem Dniestru w obwodzie Czerniowieckim twierdza w Chocimiu. Położona na przecięciu szlaków handlowych warownia była ważnym punktem strategicznym i w wyniku zaciętych walk i układów w różnych okresach swej historii broniła interesów Mołdawii, Polski i Turcji.

       Właśnie pod Chocimiem 11 listopada 1673 roku, miała miejsce zapisana złotymi zgłoskami w polskiej historii bitwa, podczas której Jan III Sobieski pokonał 65 tysięczne wojska Hussejna Paszy odnosząc zwycięstwo nad Turkami. Zbudowana na nieregularnym planie dostosowanym do ukształtowania terenu forteca została otoczona grubymi na 8 m i wysokimi na 40 m murami z gankami strzelniczymi basztami i wieżami. Na dziedzińcu znajduje się głęboka na 58 metrów studnia. Dla samego widoku rozciągającego się z murów na dolinę Dniestru warto odwiedzić to miejsce.

       W trzecim dniu wycieczki opuszczamy Podole, w strugach deszczu jadąc przez Bar kierujemy się na Winnicę. Późnym wieczorem około 20 kilometrów przed planowanym noclegiem w Winnicy z nieokreślonych bliżej przyczyn, ku memu ogromnemu zdziwieniu podcięło mi wyposażone w opony "Continental Sport Attack" przednie koło i zaczęły się dziać dziwne i nieprzyjemne rzeczy. Po wykonaniu szeregu karkołomnych ekwilibrystycznych figur w celu opanowania rozbestwionej maszyny, mimo włożonego wysiłku z niezadowoleniem niczym pocisk radziecką Katiuszę opuściłem moją Yamachę TDM i dobre kilkadziesiąt metrów podróży pokonałem na plecach po mokrym i bardzo nierównym asfalcie. Owocem nagłego rozstania okazały się silne potłuczenia, całkowity zanik tylnej części mojego deszczaka oraz solidnie przeszlifowana prawa strona motocykla. Oceniając na chłodno zaistniałą sytuację muszę powiedzieć, że motocykl wykazał się zdecydowanie większą rozwagą i po wywrotce poszusował szlifem na kamieniste pobocze, ja niestety skierowałem się bez udziału mej woli na przeciwny pas prosto pod koła nadjeżdżającej z przeciwka terenówki. Wydarzenie to było również mało komfortowe dla mego brata Szymona który pędząc za mną swoja FJR-ką rozważał czy lepiej przejechać po mnie czy po mojej maszynie, na szczęście udało mu się trafić w lukę pomiędzy nami i uniknąć wywrotki. Jak każde dramatyczne rozstanie to również odcisnęło swe piętno na mej psychice
Po dotarciu na nocleg w Winnicy słyszałem przeraźliwie wrzeszczący głos rozsądku nakazujący mi zakończenie podróży i powrót do domu. Byłem już prawie pewien, że powinienem wracać, jednak argumenty przedstawione przez Grześka i Szymona dodatkowo podparte litrową butelką Nemirofa przekonały mnie do kontynuowania podróży.

Z Winnicy jadąc przez Uman, Pervomaisk, Novą Odessę, Mykolajiv, Chersoń oraz Armijans dotarliśmy do półwyspu Krymskiego. Niezliczona ilość przyulicznych straganów z suszonymi rybami owocami i warzywami, sięgające po horyzont pola uprawne, olbrzymie maszyny nawadniające, nieprzebrane oceany lśniącej w słońcu kukurydzy, dobrej jakości drogi oraz pozbawiona deszczu ukraińska jesień, po raz pierwszy w czasie tej podróży pozwoliły nam upajać się przyjemnością jaką daje nawijanie asfaltu na koła motocykla.
Kierując się w stronę Sewastopola odwiedziliśmy Bakczysaraj dawną stolicę Chanatu Krymskiego. Jest to urokliwe niewielkie mateczko na które dumnie spogląda z monumentalnego pomnika Lenin i do którego z pewnością warto zawinąć. Tutaj w dolinie rzeki Czuruk-su mieści się pałac Chanów "Chan-saraj" uważany za największą atrakcję turystyczna półwyspu. Jest to jeden z niewielu zabytków jaki pozostał po potężnym koczowniczym imperium Tatarskim z wielkim meczetem chańskim oraz mezarłykiem - miejscem spoczynku szesnastu władców Krymu. W wielu okolicznych restauracjach (często pozbawionych toalet i przypominających wystrojem wczesne lata PRLU) można pokosztować tradycyjnej tatarskiej kuchni, nie brak też polskich akcentów jak np. wielka reklama "Blachy Pruszyński".
W centrum pielgrzymkowym jakim jest wkuty w zbocze skały Monastyr Uspieński złożyłem podziękowanie Najświętszej Marii Pannie za poniekąd pomyślne zakończenie mej podróży plecami po asfalcie i rezygnując z odwiedzenia skalnego miasta Czufut-Kale pożegnaliśmy stolicę zapomnianej kultury tatarskiej.


      Sewastopol jest największym miastem Krymu. Jego powierzchnia 1079 km kw., w tym 20% część morska, przewyższa powierzchnię Moskwy, Nowego Jorku a nawet Szanghaju. Jest bazą floty wojennej Rosji i Ukrainy oraz największą tajemnicą ZSRR. Po II wojnie światowej Rosjanie rozpoczęli w okolicznych górach budowę podziemnych, utajnionych baz wojennych, fabryk oraz magazynów głowic jądrowych. Odwiedzając miasto spodziewałem się zobaczyć skupione w jednym miejscu dziesiątki okrętów wojennych, jednak w rzeczywistości osławiona flota jest rozproszona pomiędzy 25 zatokami morza Czarnego i nie sposób docenić jej ogromu.
Z Sewastopola wybrzeżem udaliśmy się w stronę Jałty. W Ałupce zwiedziliśmy pałac Woroncowa (N 44,41984; E 34,04824) i zamierzaliśmy zobaczyć wizytówkę Krymu jaką jest położony na skale Aj-Todor w miejscowości Haspra neogotycki zamek Jaskółcze Gniazdo. Zamek w którym obecnie mieści się podobno najdroższa na Ukrainie restauracja obejrzeliśmy tylko z zewnątrz i to ze znacznej odległości, gdyż cena 300 hrywien jaką nam zaproponowano za wjazd trzema motocyklami na teren parku prowadzącego do zamku skutecznie nas zniechęciła tym bardziej, iż na Krymie za wszystko trzeba płacić a ceny są dużo wyższe niż w jakimkolwiek innym zakątku Ukrainy.

       Pomimo, iż Krym jest odległym i egzotycznym dla nas rejonem, prozaicznie zespół parkowo pałacowy należący niegdyś do polskiego magnata Leona Potockiego w Liwadii (N44,46901; E 34,14251), koło Jałty stał się świadkiem najważniejszych wydarzeń w powojennej historii Polski i całej europy. Dzisiaj w neorenesansowym pałacu, zwanym Białym lub Wielkim mieści się muzeum otoczone uroczym parkiem, jednak w lutym 1945 roku za przyzwoleniem prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta i premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla w tym miejscu jeden z największych zbrodniarzy XX wieku Józef Stalin ograbił nas z kresów wschodnich i skazał na kilkudziesięcioletnią okupację radziecką  Dwa dni naszej podróży poświęciliśmy na rozkoszowanie się urokami morza Czarnego. W miejscowości Morskie kilkadziesiąt kilometrów przed Sudakiem wynajęliśmy prywatne pokoje bezpośrednio przy samej plaży i mając w pamięci kilkudniową podróż w deszczu drogami Ukrainy ładowaliśmy "akumulatory" na trasę powrotną.
   Wracając pogoda oszczędziła nam opadów i zaglądając na kilka godzin do Lwowa szczęśliwie zakończyliśmy wycieczkę. W ciągu 10 dni pokonaliśmy blisko 3700 kilometrów, mój TDM 900 spalił 160 litów paliwa, Szymona FJR 1300 spalił 185 litrów a Grześka Vstrom 1000 pożarł aż 233 litry.

     Nie rozpisując się zbyt wiele wspomnę jedynie co nas spotkało na ukraińskich drogach.
Otóż koleiny po których samochody mkną w obu kierunkach niczym lokomotywy po szynach są standardem i ich brak można zaobserwować dopiero w okolicach samego Krymu i na niektórych odcinkach autostrad. Podczas opadów koleinami płyną wezbrane rzeki które w wielu miejscach tworzą na drodze rozlewiska o powierzchni niewiele mniejszej niż jezioro Bajkał, na których dnie nietrudno pogubić koła w głębokich kraterach.
Na większości podrzędnych dróg szczególnie w obrębie terenów zamieszkałych, nie wiedzieć czemu asfalt często zupełnie znika odsłaniając nieprzebrane skupiska szutrowych dziur i zapadlisk w drodze. Oprócz atrakcji związanych z nawierzchnią w kałużach na drodze w okolicach mijanych wsi można spotkać brodzące kaczki i gęsi, spacerujące kozy i barany, całe sfory biegających wygłodniałych psów, często rozkoszujące się przydrożną trawą krowy.
  Naturalną rzeczą są też ciągnące się kilometrami plamy oleju na asfalcie który wycieka ze zdezelowanych ciężarówek. Podczas podjazdu pod jedno ze wzniesień byłem pewien, iż na jego szczycie płonie samochód z bliska okazało się, iż to nie pożar lecz emitujący niewyobrażalne ilości czarnego dymu Kraz wspinający się w mozole pod górę. Manewry wyprzedzania podczas których zmuszeni byliśmy pokonać szereg głębokich podłużnych garbów na drodze jak również przejazdy przez bezkresne kałuże nawet w najchłodniejsze dni znacząco podnoszą temperaturę kierowcy. Dzięki tym wszystkim atrakcjom podróż staje się ciekawa, gdyż wyostrza zmysły kierowcy i nie pozostawia miejsca na nudę.

      Wbrew wcześniej zasłyszanym opiniom Ukraińscy policjanci nie rzucali się do zatrzymywania nas bez powodu, jednak w ramach wsparcia lokalnej władzy dwukrotnie zostaliśmy zmuszeni do zasilenia ich portfeli w ramach kary za wyprzedzanie na podwójnej ciągłej. Prawdą okazała się opinia, iż większość kwater i pensjonatów na Krymie korzysta z ciepłej wody ze zbiorników na dachach budynków ogrzewanych jedynie promieniami słońca i z ciepłej kąpieli korzystają jedynie pierwsi użytkownicy łazienek. Podróżowanie motocyklem po samym półwyspie dostarcza samych pozytywnych doznań. Piękno przyrody, małe natężenie ruchu na drogach, szereg ciekawych zabytków i idealny ciepły klimat zachęcają do odwiedzenia największego półwyspu morza Czarnego.

Pozdrawiam Wojtek

Więcej zdjęć

Copyright 2020  Witryna pasjonatów przygody z motocyklem